STOWARZYSZENIE PAMIĘCI ARMII KRAJOWEJ
ODDZIAŁ GLIWICE
  • O Nas
  • Statut
  • Linki
  • Forum
  • Strona Tytułowa
  • 

    Kocioł UB w Zabrzu 1947 roku. Relacja świadka obławy na współpracowników
    ppłk Łukasza Cieplińskiego.

    Nazywam się Marta Wolak-Piątek. Jestem emerytowanym lekarzem stomatologii. Mieszkam w Gliwicach przy ul. Kruszynowej. Niniejsza relacja dotyczy zdarzenia,
    które miało miejsce w moim domu na przełomie listopada i grudnia 1947 roku.

    Miałam dwóch starszych braci Zygmunta i Kazimierza (już nie żyją).
    W 1947 r. mieszkałam w Zabrzu z matką Janiną, z zawodu nauczycielką. Z braćmi,
    w trójkę, chodziliśmy do szkoły: Ja do Gimnazjum Ogólnokształcącego, Zygmunt
    do Gimnazjum Handlowego, a Kazimierz do Technikum Hutniczego. Byłam 13-latką, podlotkiem, szczęśliwą, że już mogę spokojnie chodzić do szkoły i uczyć się. Nie zdawałam sobie zupełnie sprawy z układów politycznych, które zaistniały w Polsce po zakończeniu II-giej Wojny Światowej, że jesteśmy znowu zniewoleni przez Sowietów.

    Moje powinowactwo w stosunku do ppłk. Łukasza Cieplińskiego wynika z faktu bliskiego pokrewieństwa. Moja mama i żona ppłk. Łukasza Cieplińskiego, Jadwiga zd. Sicińska były kuzynkami w prostej linii. Ppłk. Łukasz Ciepliński wraz z żoną mieszkał w Zabrzu przy ul. Wolności 279. W Zabrzu występował pod nazwiskiem Marian Kaczmarek (wrócił do nazwiska panieńskiego swojej matki). Jako handlowiec - prowadził piękny sklep z galanteria skórzaną przy ul. Wolności 279, a z rodziną mieszkał na II p. nad sklepem mieszkanie nr 5 . Często jako kupiec-handlowiec jeździł do Zakopanego po towar; kożuchy góralskie, piękne kapcie.
    Moja mama zwróciła się do niego z prośba, że jak jedzie po towar do Zakopanego
    ( a jeździł przez Kraków ) o przywiezienie z Krakowa maszyny do szycia "Singer" (spadek po ciotce), co oczywiście uczynił jako człowiek uczynny i życzliwy. Byliśmy w dużej nędzy powojennej. Trójka nas ucząca się, a pensja nauczycielska nie wystarczała
    na nasze utrzymanie.
    Zwróciła się też do niego jako do handlowca, aby pomógł jej sprzedać tą maszynę,
    bo przecież ma różne układy w handlu. Co oczywiście Jej obiecał. W tym celu
    po lekcjach ucząc w szkole dla dorosłych wieczorowej wybrała się do Ich mieszkania nie wiedząc że tam już jest kocioł UB. I w ten sposób wpadła w szpony UB.

    Jest koniec listopada 1947 ( nie pamiętam daty). Jak się później z literatury okazało po latach, był to okres wzmożonej działalności UB, fali aresztowań członków WiN-u
    i innych antykomunistycznych organizacji konspiracyjnych.
    Wrócę jednak do kotła UB w mieszkaniu p. Cieplińskich. Po przesłuchaniu przewieziono mamę samochodem do Jej mieszkania przy ul. Chmielnej 4. i tam też założono
    kocioł UB. Po latach dowiedzieliśmy się, że w czasie założenia kotła w naszym mieszkaniu ppłk. Ciepliński był już aresztowany przez UB. Chodziło tylko o to aby jeszcze wychwycić innych członków i współpracowników WiN-u.

    Jest wieczór koniec listopada 1947 r. odrabiam lekcje. Mieszkamy w cichej i spokojnej dzielnicy Zabrza na parterze. Słyszę szum auta, co na owe czasy i o tej porze w tej części miasta było rzadkością. Odchylam zasłonę okna i widzę zatrzymujące się
    dwa czarne samochody przed naszą bramą. Za chwilę dzwonek.
    Tutaj muszę opisać rozkład mieszkania bo to jest istotne przy przesłuchiwaniu nas. Mieszkanie składało się z przedpokoju, trzech pokoi kuchni i łazienki. Bracia i ja jesteśmy w domu. Mama jako nauczycielka uczyła rano w szkole podstawowej nr 15
    a po południu w wieczorowej, dla dorosłych, przy ul. 3-go Maja, więc
    wracała wieczorem późno do domu.
    Po usłyszeniu dzwonka brat otwiera drzwi. Wchodzi pierwsza mama,
    blada i wystraszona, a za nią kobieta w cywilu, mężczyzna również w cywilu i jeszcze dwóch mężczyzn. Mamie każą iść do kuchni. Do mojego pokoju wchodzi kobieta
    i zamyka drzwi. Jest średniego wzrostu szczupła około 30 lat, w dobrze skrojonym popielatym kostiumie i zadaje mi pytanie: - „Gdzie mama była ?”.
    Jestem trochę wystraszona, ale odpowiadam: - „W szkole dla dorosłych bo tam uczy polskiego i historii”. Kobieta krzyczy: - „Kłamiesz !” i uderza mnie w twarz i jeszcze coś dodaje: - „Taka mała a już nauczyła się kłamać”.
    Ja nie wytrzymuję nerwowo i zaczynam płakać, łzy leją się na zeszyt bo odrabiam lekcje z polskiego (doskonale to pamiętam). Całe wypracowanie zamazane.
    Widzę jej wściekłość. Ja trzęsę się cała ze strachu. Zadaje mi pytanie czy wiem co to jest WIN. Ja oczywiście nic nie wiem. Więc drugi raz uderza mnie w twarz co wywołuje atak łkania. Ona widzi że już nic ze mnie nie wydębi – wściekła wychodzi.
    Ja boję się wyjść z pokoju. Za jakiś czas słyszę zamykanie drzwi wejściowych i szum odjeżdżających samochodów. Trzęsąca się cała wychodzę do przedpokoju,
    widzę mamę płaczącą. Pokój w którym mieszkali bracia jest zajęty przez
    dwóch ubeków, mężczyzn około 25-30 lat.
    Kładą się na łóżkach braci - pistolety kładą na stół i oznajmiają nam że nie wolno podchodzić do okien, dawać żadnych znaków cicho siedzieć. Wybierają brata Kazimierza że jak zadzwoni ktoś do drzwi ma otwierać.

    Nadchodzi noc, no i chyba nic się nie dzieje tylko my wystraszeni,
    stłoczeni w dwóch pokojach, świadomi, ze mamy nieproszone „towarzystwo” ubowców. I teraz dopiero zaczyna się nasza gehenna trwająca chyba około 2 tygodnie (nie wiem dokładnie). Noc oczywiście nieprzespana co to będzie dalej, co to wszystko znaczy. Wiem już że nie pójdziemy do szkoły bo nie wolno nam opuszczać mieszkania.
    Funkcjonariusze UB goszczą się na dobre. Rano w południe i wieczorem przyjeżdża do nich samochód z posiłkami, a my usiłujemy jeść to co jest w domu. Oczywiście w tej atmosferze nikomu nic się nie chce. Mama ustawicznie popłakuje a ja z nią
    chociaż nie bardzo wiem o co chodzi.
    Najprawdopodobniej w drugim dniu kotła przychodzi kolega braci, mieszkający naprzeciwko przy ul. Ptasiej, Dolek Gracla (już nie żyje), oczywiście
    zostaje zatrzymany.
    To zatrzymanie wygląda tak: jest dzwonek, brat otwiera drzwi, za nim z pistoletem stoi ubek. Dzwoniący wchodzi zamykają się drzwi i ubek oznajmia że jest zatrzymany. Oczywiście jest pytanie dlaczego – odpowiedź: - „Nie dyskutuj smarkaczu”. Zatrzymany nie wraca do domu, pod wieczór przychodzi starsza siostra Pelagia Gracla ( też nie żyje). Też nie wraca do domu, przychodzi ojciec potem matka i chyba młodszy brat Henryk (wszyscy już niestety nie żyją).

    Brat Kazimierz jest nieobecny w szkole więc przychodzi jego kolega z klasy
    Zygmunt Piecuch. Historia się powtarza, za nim ojciec - zostaje. Mieszkanie zaczęło się zapełniać ludźmi, robi się coraz ciaśniej i bardzo nerwowo. Ci ludzie zupełnie nie wiedzą o co chodzi zresztą tak samo jak i my. Nie ma co jeść, nie ma gdzie spać.
    Nie mówiąc już o warunkach sanitarnych – myciu i jakiejkolwiek higienie osobistej.
    Ubecy wyznaczają mojego brata Kazimierza do wychodzenia po zakupy
    żywnościowe, głównie chleb. Ubek idzie za nim w pewnej odległości, obserwując go nie wolno mu z nikim rozmawiać. Chodzi z nim do piwnicy po jarzyny, ziemniaki
    i węgiel na opał do pieców w pokojach. Dni są okropne. „Goście” z UB na dobre
    już się zadomawiają, nudzą się. Proszą braci by z nimi grali w karty,
    częstują papierosami, dowcipkują, częstują nawet wódką.
    Jest już chyba około 15 osób śpiących na podłodze. Kobiety zaczynają się awanturować, dlaczego tu są.

    Pamiętam doskonale 6.XII.1947. Jest dzień Św. Mikołaja. Do starszego brata Zygmunta przyszedł kolega z Handlówki, Blatoń, mieszkający przy ul. Roosevelta
    z paczką mikołajową. No i oczywiście został zatrzymany. Historia się powtarza.
    Nie wraca na noc, więc około 23-iej przychodzi ojciec, rano przychodzi matka
    która dowiadując się że musi tu zostać. Potwornie się awanturuje bo córka w domu została sama. Warunki pobytu są coraz gorsze, spanie na podłodze
    bez mycia, jedzenia.
    W międzyczasie chyba sąsiedzi dają znać na milicję, że na Chmielnej 4. m 1. mordują,
    bo kto wchodzi nie wychodzi stamtąd. Przyjeżdża milicja chyba około 10-u
    z pistoletami, pałkami. Wyglądało to bardzo groźnie. Oczami 13-latki koszmar.
    Jeden z UB-eków odgiął klapę marynarki - milicjant dowodzący salutuje i zaraz
    bez słowa odjeżdżają.
    Kocioł już trwa około półtorej tygodnia. Ja nie chodzę oczywiście do szkoły. Wychowawczyni mojej klasy, Kargol Zofia, każe mojej koleżance, z którą siedzę w ławce i przyjaźnię się, iść i dowiedzieć się dlaczego nie chodzę do szkoły. Koleżanka Ewa Woch przyszła, zadzwoniła, otworzył jej drzwi obcy mężczyzna, czyli UB-ek. Widząc smarkulę, a w mieszkaniu już jest atmosfera nie do zniesienia, powiada; - „Uciekaj stąd jak najprędzej”.

    Nie wiem dokładnie ale chyba już po około 2 tyg. zajeżdża czarny samochód.
    Wchodzi mężczyzna w cywilu. Teraz już wiem z literatury IPN-u że był to Kowalski Józef, późniejszy mąż ppor. Stanisławy Michalik, która mnie policzkowała. Powiada:
    - „Mamy go” tzn. Cieplińskiego. Oznajmia, że można się rozejść, kocioł jest rozwiązany. Po tej wiadomości wszyscy zatrzymani ruszyli do drzwi i zaczęła się okropna przepychanka, a mama w okropny płacz, a ja z nią. Kocioł został rozwiązany.
    Mamie kazano, chyba na piśmie a nam ustnie, złożyć zobowiązanie pod karą aresztowania, że nikogo nie wolno informować o kotle UB w naszym mieszkaniu. Również wszyscy którzy byli zatrzymani otrzymali taki nakaz. Nieobecność w szkole była usprawiedliwiona. Dyrekcja szkoły mogła uzyskać informacje pod podanym adresem; był to adres WUBP Katowice.
    Wróciliśmy do szkoły do nauki. Zaczęły się dla nas dni pełne niepokoju i obawy co dalej będzie z nasza przyszłością. Z nikim oczywiście nikt nie dyskutował,
    tylko ten potworny lęk pozostał.

    W 1950r gdzieś w połowie października (dokładnie nie pamiętam ) pojawiły się plakaty na słupach ogłoszeniowych obwieszczające o otwartym procesie w Warszawie o treści „Zbrodniarz , zdrajca Narodu na żołdzie amerykańskim ” (coś w tym sensie).
    Możliwe , że te plakaty były juz po wykonaniu wyroku na Łukaszu Cieplińskim w 1951 roku .W wyniku tego procesu ppłk. Łukasz Ciepliński dostał pięciokrotną karę śmierci.
    Odnalazłam w Miejskiej Bibliotece w Zabrzu prasę, konkretnie, „Trybuna Robotniczą” – Dziennik Górnośląski z 1950 roku, gdzie od 6.10.1950, chyba w czasie procesu otwartego, ppłk Ciepliński i jego towarzysze są szkalowani publicznie.
    Przytoczę tylko tytuły artykułów z 6.10.1950 roku z Trybuny Robotniczej: „Zdrajcy narodu – szpiedzy na żołdzie amerykańskim”, „Szpiegowskie meldunki z Polski dla potrzeb zachodnich agresorów”, „Bandyci WiN i ich zachodni protektorzy”,
    „Kulisy zbrodni polskiej reakcji”, „Współpraca prowokatorów – wtyczek –
    z kliką mikołajczykowską”.
    W piątym dniu procesu : Kara Śmierci dla wrogów polski ludowej – członków bandy WiN–u. Prokurator: ppłk Jerzy Tramer główny oskarżyciel zarzuca skazanym że
    „ ... pomagali Niemcom w walce z Związkiem Radzieckim. Są bandytami
    powiązanymi z międzynarodowym obozem reakcji. Po wyzwoleniu toczyli
    nieprzerwana walkę z ludem polskim ...”

    Ppłk. Ciepliński w celi śmierci przebywał do egzekucji, którą wykonano 1.III.1951. wieczorem - strzałem w tył głowy. Z pobytu w celi są już znane grypsy
    do Jego żony i synka, 3-letniego Andrzejka, oraz do przyjaciół i rodziny.
    Popatrzmy na postać ppłk. Łukasza Cieplińskiego który mając tylko 38 lat szczęśliwą rodzinę, kochającą żonę Wisię i 3-letniego synka oddaje życie za nas wszystkich. Pomyślmy.
    Utrzymywaliśmy kontakt mój i mojej mamy z rodziną w Rzeszowie, gdzie po aresztowaniu wraca żona Cieplińskiego z synkiem do swojej matki. Jej życie przebiega w nędzy i jest pełne smutku i chorób. W 1971 śmierć ukochanego synka
    Andrzeja Cieplińskiego, do dzisiaj napawa mnie wielkim smutkiem.
    Prezydent RP Lech Kaczyński w dniu 3 maja 2007 pośmiertnie odznaczył bohatera
    „ Orderem Orła Białego ” .

    Marta Wolak-Piątek
    Gliwice 2009